Ostatnie dni Listopada. W mieście wszystko krzyczy Święta, Święta idą… Kupuj, spiesz się, sprzątaj, gotuj…
Ja przepraszam, ja tego nie czuję. Jeszcze nie upiekliśmy, piernikowych chatek, więc Święta wstrzymane.
Tradycją się już stało, że dopiero gdy korzenny zapach unosi się w całym domu, to znak, że nadchodzi Boże Narodzenie. W tym roku podobnie. Zaprosiliśmy znajomych z dziećmi i mamy bardzo ambitny plan upieczenia i udekorowania dziesięciu chatek. Wcześniej się udawało, gdy dzieci były mniejsze, to i tym razem powinno 🙂
A co słychać na froncie drucianym? Robią się kolejne skarpety- w wydaniu “pozytyw negatyw”- zostało mi sporo włóczki po zrobieniu pierwszych. Równocześnie robię, kolejną czapkę z daszkiem w kolorze błękitnym. Na potęgę produkuję kwadraciki i prostokąty na chodniczek… i jest jeszcze kilka innych zaczętych pomysłów, ale czekają pod biurkiem.
Tak się zastanawiam, czy zdążę przed Nowym Rokiem ze wszystkimi projektami. Chyba powinnam popracować nad sobą i kończeniem rzeczy zaczętych. W innym wypadku, będzie przybywać niedokończonych spraw, a tego nie lubię.
Ot, kolejne wyzwanie do realizacji jeszcze w tym roku. 😀


Oczywiście, można zrobić ochraniacze na drutach czy szydełku, ale to nie to samo, co rękawice. Poza
skrojone i przepikowane części na rękawice. Tasiemka jest w procesie tworzenia, pozostanie jeszcze tylko wszystko razem połączyć.
Od paru dni mamy na Mazowszu zgniłą aurę. Tak , tak pamiętam, że to Listopad. W zasadzie nie powinnam narzekać… a może to melancholia? Jakby trochę mniej energii, kolory jakieś zmokłe, nikt na ulicy na nikogo nie patrzy, tylko szybko przemyka by schronić się przed deszczem.